Jako miłośniczka witraży… nie, to za słabe. Jako zakochana w witrażach postanowiłam, że nauczę się je robić. Skoro robią je ludzie, widać… można. Jednak już od dawna wiedziałam, że są różne rodzaje witraży. Mnie najbardziej podobają się te robione metodą Tiffaniego, czyli łączenie ołowiem kolorowych szkiełek. Trudna technika. Już tylko czytając o tym bardzo się zmęczyłam, więc znalazłam coś prostszego. Metoda angielska. Kiedy oglądam jakieś angielski programy zawsze się zastanawiam, skąd na wyspie tylu artystów. Anglicy to raczej wygodny naród i mało skory do takich prac. A witraży u nich jak… w każdym razie, dużo. I rozgryzłam to. Metoda angielska polega na naklejaniu specjalnych folii na szybę, które imitują witrażowe szkło, a potem wykańczanie samoprzylepną ołowianą taśmą. Zabrzmiało prosto. Tylko tak zabrzmiało. Pierwsza trudność… cena materiałów. Uprzedzam, są drogie. Przeskoczyłam. Nie kupiłam za wielu folii, bo pozostałe materiały też piętrzyły koszty. Wybrałam więc wzór z niewielką ilością folii. To też okazało się tylko iluzją. Koszty znacznie przekroczyły moje oczekiwania. Trudno. Dla sztuki zniosłam i ten ból. Ale to był dopiero początek.
O tym jak mi poszło napiszę za chwilę.